OPOWIEŚCI WYDRZAŃSKIE

O Wydrzy [pomysł własny]

      Ponoć nazwa naszej miejscowości wywodzić by się miała,
od wydry, która dziecko tonące uratowała.
Miało to się dziać na oczach króla Kazimierza Wielkiego,
który kazał to miejsce nazwać na cześć zwierzęcia tego.
O tym, że król przebywał w naszych stronach w 1358 roku
jest to fakt potwierdzony.
A przebywał tu dlatego, że jechał do Przyszowa,
do swojego dworka myśliwskiego.
Ludzie, którzy na tych terenach się osiedlili,
przyjmując nazwę zamieszkania Wydrami nazywani byli.
Z upływem czasu historia ta została zapomniana,
miejscowość na Wydrza została przemianowana.
Czemu taka nazwa została nadana nie ma teraz żadnego znaczenia,
choć na pewno są do tego jakieś historyczne odniesienia.
Być może odpowiedż jest w legendzie, choć nie ma na nią potwierdzenia żadnego,
że mogły tutaj w 1409 roku odbyć się łowy na zwierza grubego.
Zapasy te przeznaczone były dla rycerstwa naszego,
które rok później 15 lipca pokonało krzyżaka niedobrego.
Może być też w wzmiance, którą nauka akademicka w żaden sposób potwierdzić nie chciała.
Ponoć w naszej okolicy w czasie najazdu szwedzkiego w 1655 roku
pod dowództwem Stefana Czarnieckiego partyzantka powstała.
Z miejscowych ludzi sformowana była,
najeźdźcy ze Skandynawii duże straty poczyniła.
Rozległe lasy, liczne mokradła żadną przeszkodą nie były,
dla mieszkańców co się tutaj osiedlili.
Nie liczyło się tutaj bogactwo czy szeroko rozumiane obycie,
najważniejsze było dla nich spokojne życie.
Choć po prawdzie za bardzo spokojnego go nie mieli,
bo przez 123 lata niewolę austriacką znosić musieli.
O wyzwolenie z tej niewoli w dwóch powstaniach, listopadowym i styczniowym nasi przodkowie walczyli,
niestety jarzma zaborcy się nie pozbyli.
Takim symbolem powstania z 1863 roku jest miejsce,
w którym powstańcy nasi się chronili i do walki ruszali.
To miejsce potomni po latach dołem powstańczym nazwali.
Jest on oddalony od Wydrzy ok, 7 km. w stronę Stalowej Woli,
można do niego dotrze też od leśnictwa Ciemny Kąt,
ale tutaj to już jak kto woli.
Na dodatek przez te tereny dwie wojny światowe się przetoczyły,
na pamiątkę cmentarze wojenne jeden w Wydrzy, drugi w Krawcach zostawiły.
O tej drugiej wojnie światowej, świadkowie którzy ją przeżyli to opowiadali,
jak przez najeźdźcę niemieckiego poniżająco traktowani byli.
Jak miejscowi ojcowie, mężowie, bracia ręce z bezsilności zaciskali,
jak ich żony, córki, siostry przed służącymi Niemcom mongołami,
gdzie tylko mogły kryły się i uciekały.
Według historyków miał zezwolić grabieżca austriacki,
na swobodny rozwój Polskiej kultury i oświaty.
Za posługiwanie się w języku polskim nie groziły żadne kary,
więc fakt ten był przez rdzennych mieszkańców Galicji nagminnie wykorzystywany.
Wykorzystując, że nadeszła "swobody" odpowiednia chwila,
w 1893 roku powstała szkoła podstawowa w Wydrzy z inicjatywy podwójciego gminy Grębów Józefa Gila.
Antoni Nieradka, pierwszy nauczyciel podjął się zadania,
uczyć miejscowych czytania i pisania.
Miejscowi bardzo pojęci w nauce byli,
czytać i pisać szybko się uczyli.
System edukacji w naszej miejscowości cały czas był ulepszany,
w 1952 roku na jej potrzeby nowy dwupiętrowy budynek został oddany.
Po dziś dzień w nim szkoła funkcjonuje,
i jest jeszcze przedszkole, które wstępnie dzieci do nauki przygotowuje.
Przez te wszystkie lata, żeby rodzinę utrzymać ciężko pracować trzeba było,
i tak naprawdę do dziś nic się nie zmieniło.
Lokalni mieszkańcy nie tylko pracą żyli,
bo są różne źródła i przekazy, że życie swoje czym innym uprzyjemnić potrafili.
Przekazy te mówią, a to na pewno nie jest żadna bzdura,
że na naszych terenach była praktykowana Lasowiacka Kultura.
Praktykowanie tej kultury, to nie żadne tam czary,
tylko tańce, przyśpiewki i różne zabawy.
Tańczono i bawiono się, gdy tylko ochota była,
powstawał tylko czasem problem nie mały, bywało że warunki atmosferyczne przeszkadzały.
Więc miejscowi, żeby nie tracić zabawy przez alert pogodowy,
wybudowali budynek w 1961 roku i nazwali go Dom Ludowy.
W tym domu to był pomysł całkiem nowy,
jedno pomieszczenie przeznaczono na klub młodzieżowy.
W nim miejscową młodzież uczono, że wyżej wymieniona kultura
to nie taka prosta sprawa, nie chodzi tylko o to, żeby za występy dostać brawa.
Chodzi o połączenie tradycji ze współczesnością,
i umiejętne jej przekazanie,
o umiejętne potencjału swojego pokazanie.
To przekazanie młodemu pokoleniu wartości dla nich nowej,
takiej wartości międzypokoleniowej.
Promowanie kultury lasowiackiej i swojej miejscowości takie było zadanie,
dla nowo powstałego zespołu, który nazwano "Wydrzowianie".
Do dzisiaj zespół z powodzeniem na różnych scenach występuje,
z nałożonego na niego zadania doskonale się wywiązuje.
Z Domem Ludowym Remiza strażacka sąsiaduje,
w której miejscowa straż siedzibę sobie znajduje.
OSP Wydrza założono w 1925 roku strażacy służą swoim mieszkańcom na każdym kroku.
Nie ma dla nich znaczenia czy jest święto, czy dzień roboczy,
są do dyspozycji o każdej porze dnia nawet i w nocy.
W szeroko rozumianej "kulturze" się udzielają,
a w swojej parafiiw uroczystościach kościelnych pomagają.
Parafia Wydrza została wyodrębniona z parafii Grębów.
1 maja 1972 roku została publicznie odprawiona pierwsza Msza św.
Natomiast 3 grudnia 1972 roku
Ks. Bp Ignacy Tokarczuk uroczyście poświęcił kościół pod wezwaniem św. Józefa Robotnika.
Dzień 1 maja stał się dniem odpustu parafialnego.
Historia Wydrzy nie jest skomplikowana ani zawiła,
jednak wydarzyła się rzecz, która Jej mieszkańcom życie całkowicie odmieniła.
W sąsiednie miejscowości Jeziorko powstała kopalnia,
w której miała być wydobywana siarka,
i dzięki temu minerałowi miała wzbogacić się Polska gospodarka.
Zaczęły się wywłaszczenia gospodarstwa każdego,
pod którym wykryto złoża minerału wyżej wymienionego.
Złoża te tak rozległe się okazały,
że nie tylko nasza ale i okoliczne miejscowości zniknąć z mapy Polski miały.
Do końca pierwszej dekady dwudziestego pierwszego wieku
takie były plany, problem "Wydrza" miał zostać rozwiązany.
Widocznie nie taka na "Nas" była wizja Najwyższego Pana,
w 2001 roku po 34 latach eksploatacji kopalnia zamknięta została.
Rekultywacja to słowo przez wszystkie przypadki w tamtym czasie na tych terenach odmieniano,
grunty, które odzyskały wartość użytkową na cele rekreacyjno - turystyczne oddano.
Rekultywacją nie przykryło się jednak szkodliwego kopalni działania,
jakie były przede wszystkim z gospodarstw ludzi wywłaszczania.
Zapominano o części Wydrzy, która istnieć przestała,
a wieś jakaś bezczynność, zobojętnienie, niemoc opanowała.
Że czas leczy rany doskonale na naszej miejscowości się to sprawdziło,
jakby nowe życie po jakimś czasie tutaj wróciło.
Uchylono pozwolenie budowania budynków z materiału łatwo rozbieralnego,
kto chciał przystępował do budowy z budulca konkretnego.
Budynek tzn. szatnie postawiono niedaleko boiska sportowego,
które konkretnie poprawiono na potrzeby klubu miejscowego.
Obok Orlika siłownia na świeżym powietrzu zrobiona została,
po to, aby tężyzna fizyczna u naszych mieszkańców nie malała.
Place zabaw powstały, które dla bezpieczeństwa dzieci ogrodzone zostały.
W odpowiednich miejscach je zlokalizowano,
poczucie bezpieczeństwa swoich dzieci rodzicom dano.
Wodociąg i gaz podłączono do gospodarstwa każdego,
a kanalizacje zainstalowano do domu bezpośrednio zainteresowanego.
Oświetlono ulice, wzdłuż nich chodniki położono, których nigdy nie było,
a wszystko po to, aby mieszkańcom Wydrzy dobrze się żyło.
Niestety nie ma żadnej możliwości i nie istnieje żaden sposób,
żeby uhonorować najważniejszych w historii Wydrzy osób.
Ludzie tutejsi sami wiedzą komu kłaniać się w pas nisko,
dlatego oprócz wyżej wymienionych osób nie padnie już żadne nazwisko.
Wydrza należy do gminy Grębów, który w powiecie tarnobrzeskim się znajduje,
nad nimi podkarpacki wojewoda z siedzibą w Rzeszowie władzę sprawuje.
Mogło się tak zdarzyć, że pewne fakty i wydarzenia pominięte zostały,
które być może na historię naszej miejscowości wpływ miały.
Jej autor korzystał z przekazów pisanych, jak i ustnie mu przekazywanych,
przez osoby znane i przez ogół szanowane.
Na koniec swojego tekstu zachęca do każdego,
żeby napisał taką historię lepiej od niego.

Janusz Janeczko




Obywatelstwo Wydrzańskie

      Niż demograficzny tym się charakteryzuje,
że ludzi wszędzie brakuje.
Z powagi sytuacji każdy zdaje sobie sprawę
i nie ma o tym wątpliwości żadnej, brakuję ludzi w administracji,
w każdej branży, nawet i w ochotniczej straży pożarnej.
Podczas ogólnego na brak zasobów ludzkich narzekania,
miejscowość Wydrza jak statek z potężnych fal morskich się wyłania.
Na jej terenach duże ilości siarki znaleziono
i całą okolicę do wysiedlenia przeznaczono.
Cała akcja na kilka dekad została rozłożona,
i to mogło być powodem, że populacja miejscowa mogła zostać zagrożona.
Przecież każde analizy mówią o tym i wskazują,
że takie rzeczy jak brak stabilizacji życiowej, strefy komfortu, o tych sprawach decydują.
Na szczęście wspólnota miejscowa optymistycznie w przyszłość patrzyła.
Gdy czynnik polityczny sprawił, że zrezygnowano z wysiedlenia,
społeczność wydrzańska do normy wróciła.
We wszystkich miejscowościach, także w Wydrzy zwyczaj jest taki,
że nie zawsze akceptowane są obce chłopaki.
Konkretnie to chodzi o to, że mogło nie dojechać się przez wieś do celu tzw. kawalerki,
jak nie miało się jakiejkolwiek znajomości i dobrej bajerki.
Nie zawsze jednak ta metoda poznawania miejsca zamieszkania swojej sympatii się sprawdzała,
są przykłady, że nie jednemu adoratorowi kondycja fizyczna się przydawała.
Ale żeby było jasne i do końca wyjaśnione,
nikt nigdy nie zabronił z tej miejscowości wziąć dziewczyny za żonę.
Przecież jak jest uczucie silne to nie ma przeszkody dla mężczyzny prawdziwego,
nawet jak nie ma się znajomych, kondycji i bajeru dobrego.
Oczywiście taki nowo przybyły z chwilą zamieszkania
był na swój sposób szanowany, ale „swoim’” to On przez lokalną społeczność tak szybko nie zostanie nazwany.
Właśnie w tej społeczności takie sformułowania powstać miały,
które „Nowych” w żadnym przypadku nie poniżały i nie obrażały.
Choć prezes honorowy tutejszej jednostki OSP
i aktualny jej konserwator twierdzą z całym przekonaniem,
że w rodzimej remizie one powstały.
Po to aby nowo przyjętym druhom do tej jednostki, miejsce w szeregu pokazywały.
Przeważnie we wszystkich jednostkach OSP zwyczaj był taki,
że do straży przyjmowane były tylko miejscowe chłopaki.
Tacy co dom kupili, albo się dopiero ożenili,
to do tej organizacji niezbyt chętnie przyjmowani byli.
Na pewno nie chodziło o jakieś układy,
po prostu w każdej jednostce panowały różne zasady.
Dla byłych i obecnego prezesa Ochotniczej straży z Wydrzy szacunek się budzi,
zrezygnowali z tych zasad i przewidzieli, że będzie brakować Im ludzi.
Jednostka ta jeden z najwyższych stanów osobowych w gminie Grębów posiada,
choć nikt na nią takiego obowiązku nie nakłada.
Rekrutacja u Nich tak przebiegała,
że do bycia strażakiem liczba lat zamieszkania żadnego wpływu nie miała.
Po prostu przyjmowali ludzi konkretnych,
i choć szacunek do nich mieli,
to każdego NAMULEŃCEM nazwać musieli.
Kto się nie obraził i jeździł do pożarów to po latach nadano mu nowe miano,
i PRZYBŁĘDA na niego wołano.
Gdy masz już te dwa charakterystyczne epitety
i jesteś już kilkanaście lat w straży, to KORZENNY zostaniesz nazwany.
Możliwość istnieje taka, że po latach w tym samym miejscu zamieszkania,
i strażackie sprawy zaangażowania.
Będziesz poświęcał swój czas bezcenny, to będziesz nazywał się RDZĘNNY.
Po przejściu można tak powiedzieć cztero-etapowego wtajemniczenia
i choć nie jest to dla każdego w swoim czasie nowo zamieszkanego celem,
masz prawo nazywać się prawdziwie
WYDRZAŃSKIM OBYWATELEM
Nic mi nie wiadomo czy w innych miejscowościach
naszej gminy, powiatu, województwa dla nowo zamieszkałych
takie określenia czy nazwy mają.
Jeżeli nie, to nie umieją wymyślić i pewnie dalej ich szukają.
Jedno jest pewne, to nie wyżej wymieniony niż demograficzny
o braku ludzi w administracji, w każdej branży i w ochotniczych strażach decyduje,
najważniejsze jest otoczenie i atmosfera jaka w nich panuje.
Autor tego tekstu na własnej osobie zaakceptował te zwroty i miana,
i z uśmiechem wspomina te kawalerskie metody wzajemnego się poznawania.
Tradycyjnie zachęca każdego,
aby napisał historię swojego obywatelstwa
lepiej od niego.


Janusz Janeczko




IMIENNIKI

      Zdarza się, że w lokalnych społecznościach rodziny obok siebie mieszkają,
co takie samo nazwisko mają.
Nie ma między nimi pokrewieństwa żadnego,
co dobitnie wskazuje, że ich przodkowie nie mieli ze sobą nic wspólnego.
Bywało że "głowy" rodzin oprócz nazwiska takie same imiona mieli.
Naturalne jest więc to, że zdarzały się sytuacje,
które zainteresowani uniknąć chcieli.
Więc, by te nieporozumienia wyeliminować i żeby się one nie powtarzały,
znaleziono wyjście, które ten problem na zawsze zakończyć miały.
Zaczęto nadawać pseudonimy, ksywy, przezwiska,
tym rodzinom, które mają takie same nazwiska.
Nazwy te dość przypadkowo powstawały,
i w żadnym przypadku nikogo obrazić nie miały.
W jakim czasie te określenia i komu pierwszemu je nadano,
do dziś historycy mają na ten temat różne zdania.
Pojawiły się bowiem przekazywane z pokolenia na pokolenie przekazy, które mają dać odpowiedź na te ich pytania.
Miało to się dziać w bliżej nieokreślonym czasie
w pewnej miejscowości, której nie ma już na mapie Polski.
Przez szeroko rozumianą aglomerację wiejską
wchłonięta Ona została, po to, aby ludność w niej mieszkająca lepiej miała.
Niestety ludność ta jakimś szczególnie miejscowym patriotyzmem się nie wykazała,
i nazwę pierwotną wsi zachować nie chciała.
Władza samorządowa dawną jej nazwę, nazwą ulicy upamiętnić zaproponowała.
Niestety mieszkańcy w referendum to odrzucili,
w trosce żeby ich dziatwa trudności z odmienianiem nazwy w szkole nie miała.
Ale wracając do wyżej wymienionego podania
to dowiemy się z niego, kto pierwszy i za co dosłużył się pierwszego miana.
Był to mężczyzna wzrostu słusznego,
który miał żonę ,córkę i syna małego.
Na temat Jego życia prywatnego, nic więcej nie ma podanego.
Jest za to o jego przodkach, którzy mieli mieć związek z przysłowiową Arką Noego.
Mieli oni pochodzić z imperium pradawnego, wzdłuż dzisiejszych gór Ural położonego.
Jego nazwa nie ma teraz znaczenia żadnego,
wystarczy powiedzieć, że nazywało się tak samo jak nazwisko autora tego tekstu, jak i mężczyzny wyżej opisywanego.
Zostało to państwo nazwane od imienia żony władcy mocarstwa owego, która odeszła niespodziewanie na zawsze od niego.
Historia ich poznania warta jest do przekazania.
Jak przypadkowe spotkanie zmienia u człowieka na wszystko postrzeganie.
Taka jest już ludzka natura, która nie ominęła nawet samego króla.
Podróżował On po kraju, całkowicie w przebraniu.
Chciał osobiście się przekonać jak swoim poddanym się żyje.
Czy jakiejś "krzywdy" nie mają, bo przecież różne niesprawiedliwości
w każdym państwie się zdarzają.
Poznał ją przypadkowo, gdy podczas podróży burzowe chmury pojawiły się nad jego głową.
Żeby nie narazić się na jakieś niespodziewane zagrożenie,
w pierwszym napotkanym domu poprosił o schronienie.
Schronienia udzieliła mu dziewczyna młoda,
którą charakteryzowała niesamowita uroda.
Nawałnica nadal trwała, a tu noc się zbliżała.
Więc władca panujący zadał jej pytanie, czy zgodzi się na jego przenocowanie.
Ona przeciw temu nic nie miała, i za rok z koroną na głowie
u jego boku na tronie siedziała.
Kto wie czy w ogóle określenia, o których rozważamy by powstały,
gdyby nie katastrofalne w skutkach deszcze,
które globalną powódź wywołały.
Ratując życie protoplaści bohatera opisywanego,
na łodzi ponoć nieprzerwanie po zalanej ziemi 150 dni dryfowali.
Teraz może powstać problem nie mały,
gdy wyjdzie na jaw, że to Oni, a nie Noe Arkę zbudowali.
Tym bardziej, że nie tak dawno informacja się ukazała,
że grupa archeologów starożytny artefakt znaleźć miała.
Ta grupa specjalistów właśnie dowodzi,
że znaleziony przedmiot miał kiedyś kształt łodzi.
Niestety nauka akademicka na taką tezę dalej się "uwzięła",
że arka do góry Ararat dopłynęła.
Więc ten odkryty przedmiot, który na terenie naszego kraju się znajduje,
nie może być tą materią dzięki, której życie na ziemi funkcjonuje.
Wygląda, że krewni w linii wstępnej postaci opisywanej,
długiej drogi do terenów na których zamieszkali, nie mieli.
Mogli przecież wybrać teren np. dzisiejszego woj. mazowieckiego,
a Oni zamieszkali na aktualnych ziemiach powiatu tarnobrzeskiego.
Przypuszczać należy, że dość tułaczki mieli,
i po prostu gdzieś osiedlić się chcieli.
Z pokolenia na pokolenie spokój tu odzyskiwali, i o utraconym dziedzictwie powoli zapominali.
Przez długie lata kraina mlekiem i miodem płynąca była,
niestety ta idylla się zakończyła.
Skończył się dla Nich czas spokojny, nieprzyjaciel zdradziecki napadł
na Ich kraj bez wypowiedzenia wojny.
Grabił, ludzi niewolił, wszystko na swojej drodze zniszczyć postanowił.
Ludność tym atakiem początkowo zaskoczona opór postawiła,
Tym aktem odwagi agresora bardzo zaskoczyła.
W puszczy sandomierskiej ratunku szukała, mieszkając na jej kraju,
życie i mienie w niej chowała.
Nikt nie zliczy, ile bitew i potyczek stoczonych zostało, ile krwi niewinnej przelano.
Jakich krzywd bezbronni doznali, jakich bohaterskich czynów dokonali.
Na uwagę jeden fakt zasługuje, że na gro postępków jakich dokonano,
tylko jeden z nich opisano.
Opisano przedstawiciela rodu w tak historię bogatego,
i czym zasłużył sobie na dostanie określenia pierwszego.
Gdy tereny, na których mieszkał wróg zaatakował,
On w swojej miejscowości się znajdował.
Atak był nagły i niespodziewany, nikt z mieszkańców nie był na niego przygotowany.
Nie bacząc samopas przeciwnika zaatakował,
nie zważając, że tym postępkiem życie swoje ryzykował.
Ten jego akt odwagi i poświęcenie na tyle uwagę atakujących odwróciły,
że ludności mieszkającej schronić się w gęstym lesie pozwoliły.
Żołnierze agresora tym śmiałym atakiem początkowo zaskoczeni,
mając przewagę liczebną wnet dominację osiągnęli.
Lecz w Jego żyłach ta sama krew wojowników płyneła,
która w przedpotopowym świecie jego przodkom przez wieki w potężnym państwie władzę utrzymać pozwoliła.
Lata przed założeniem rodziny po dalekich krajach podróżował,
władcą tych krajów swoje umiejętności oferował.
I kto wie, czy na zawsze by w tych zamorskich terytoriach nie został, gdyby pięknej kobiety na swojej drodze nie spotkał.
Miłość do niej to sprawiła, i jego życie awanturnicze całkowicie odmieniła.
Ale to historia jest na inne opowiadanie, które jak gwarantuje autor na pewno w przyszłości powstanie.
Nasz junak o mężnym sercu widząc tą dominację wroga
tak umiejętnie manewrował, że całą walkę w stronę zarośli puszczy kierował.
Wierzył, że ukryją się wszyscy Ci, których bronił,
a on w zaroślach nieprzebytych się schroni.
Walczył mieczem, który od swojego Ojca dostał,
a według słów rodzica swego przez samego założyciela rodu wykuty on został.
Był z ojca na syna przekazywany,
a pochwa jego miała mieć tą właściwość, że noszącemu nie zagrażały żadne rany.
Wiele lat temu swojej żonie, że broni do ręki nie weźmie obiecywał,
i przez ten czas słowa danego dotrzymywał.
Lecz teraz do walki był zmuszony,
więc nie wahał się wyciągnąć ostrza w obronie miejscowej ludności, córki, małego syna i swojej żony.
Służąc u zamorskich panów niezliczoną liczbę takich bitew stoczył
i na tamtych terenach był dość znany.
Tak się teraz złożyło, że walcząc o życie na swojej ziemi,
przez wodza żołdaków najemnych został poznany.
Ten głównodowodzący dostrzegając bohatera naszego,
Rozpoznał w Nim swojego największego przeciwnika tak dawno niewidzianego.
Kiedyś miał Go za przyjaciela najbliższego,
ale poszło o kobietę, która wybrała tamtego.
Więc żądza zemsty sprzed lat nagle się przypomniała,
że nie Jego na męża ta niewiasta wybrała.
Więc zaczął krzyczeć dawnego przyjaciela nazwisko,
jednocześnie dając znaki swoim żołnierzom, żeby miejsce do walki zrobili.
A oni nie wiedząc o co chodzi, miecze na chwile opuścili.
Nie poznając swojego dawnego przeciwnika ten z nazwiska wołany, skorzystał z zamieszania i schował się w zarośla,
żeby nie być schwytany.
Duża była złość agresora naczelnego,
wydał on rozkaz ścigać mężczyznę znienawidzonego.
Podwładni ruszyli natychmiast wykonać rozkaz wydany,
byli pewni, że zbieg zostanie złapany.
Bo od jego ucieczki czasu minęło bardzo niewiele,
a wśród nich byli dobrzy tropiciele.
Teraz jednak niespodzianka na nich czekała, bo grupa poszukujących
żadnego tropu nie miała.
Żadnej gałązki złamanej, żadnego odcisku stopy nie znaleziono,
choć szczególną uwagę na to zwrócono.
Żadnego odgłosu tak charakterystycznego,
który by zdradził kierunek uciekającego.
Mimo zwiększonego obszaru poszukiwań w lesie,
zaczęli zdawać sobie sprawę,
że ta ich wiedza żadnych korzyści w tej pogoni nie przyniesie.
Po krótkiej naradzie najbardziej doświadczony łowca relację dowódcy swojemu zdał,
i mówił, że z czymś takim się nie spotkał.
Gdy dowiedział się, że poszukiwania żadnego rezultatu nie dawały,
kazał ich zaprzestać.
Żeby znienawidzonemu wrogowi nie przysparzać niepotrzebnie chwały.
Nakazał łowczym rozpowiadać, że to były czary,
bo jak powiedzą prawdę, to nie unikną kary.
Nie przewidział, że plotka szybciej od dźwięku się rozchodzi,
i wkrótce cały obóz wiedział kogo szukano i o co w tym wszystkim chodzi.
Ci co udział w poszukiwaniach brali, rozkazu nie posłuchali,
i towarzyszom swoim przy ognisku jak było opowiadali.
Tego co szukali pojawił się przed nimi tak niespodziewanie,
że pies szkolony do poszukiwań ludzi nie zdążył nawet warknąć,
i nim zareagowali On zdążył im machnąć.
Zniknął, jakby w powietrzu się rozpłynął,
dla szukających Go wszelaki ślad po nim zaginął.
Kontekst tego słowa „machnąć” zróżnicowane ma znaczenia,
oznacza on czas, czynność i różnorakie zdarzenia.
Dramaturgia tego wyrazu odnosi się do beznadziejnego położenia,
w jakim się zbiegły znajdował, który mimo wszystko i tak zbiec zdołał.
Wśród żołnierstwa najemnego zaczął się szmer niezadowolenia,
nie podobała im się aktualna forma zatrudnienia.
Nie było łupów zdobycznych, które im obiecano,
nie było również szeroko rozumianych uciech, z których w czasie wojennym nagminnie korzystano.
Pojawiła się za to dawno nie widziana osoba wojownika,
na którego widok w szeregach wojska wybuchła panika.
Jedna osoba bitwy ani tym bardziej wojny nigdy nie wygrała,
ale od tego uczestnika walk jakaś tajemnicza aura biła i go otaczała.
Zaczął zdawać sobie sprawę dowódca naczelny,
że dalszy pobyt na tych terenach dla morali jego wojsk jest niebezpieczny.
Więc na Jego polecenie rozkaz odwrotu wydano,
ale wcześniej wszystko w najbliższej okolicy z ziemią zrównano.
Jak mały kamyk niechcący rzucony dużą lawinę kamieni spowodował,
tak czyn tego co niespodziewanie machnął ogólny sprzeciw przeciwko najeźdźcy wywołał.
Dosłownie kilka dni trzeba było, żeby ostatni żołnierz wroga przepędzony z kraju został,
a naczelny dowódca w nagrodę za przegraną wojnę od swojego króla zwykły sznur w nagrodę dostał.
Dostał jeszcze asystę do tego,
żeby nie ociągać się z wykonaniem rozkazu królewskiego.
Ten sposób podziękowań swoim zwierzchnikom wojsk przez królów,
carów, sułtanów w późniejszych wiekach był często stosowany.
Takim najbardziej znanym przykładem jest wezyr Kara Mutafa.
Za ucieczkę z pola bitwy pod Wiedniem został takim samym sznurem przez władcę swojego obdarowany.

Powoli spokój powracał do kraju zdradziecko najechanego.
Odbudowywano zniszczone domy, przywracano infrastrukturę,
Wracano do życia codziennego.
Okolica, w której wyżej wymieniona batalia trwała,
najbardziej ze wszystkich miejsc ucierpiała.
Nikt z zamieszkających te tereny nie miał do Tego co machnąć tak potrafił, żadnej złości.
Wprost przeciwnie wszyscy, którzy tu mieszkali wiedzieli,
że dzięki niemu cały naród dostał impuls do odzyskania wolności.
Najwyższa więc pora by dowiedzieć się co się z Nim stało i dlaczego
zniknął tak niespodziewanie, zrobiwszy najpierw w szeregach wroga ogromne zamieszanie.
Jak wiemy gdy wydawało się, że walka w, której uczestniczył jest przegrana,

z niewiadomej dla Niego przyczyny została przerwana.
Za bardzo był doświadczony, żeby dochodzić jaka była tego przyczyna, pobiegł w stronę lasu, gdzie osłoniła Go zielona gęstwina.
W młodości miał On w sobie takiego niespokojnego ducha,
pociągała go wojenna zawierucha.
Jak wiemy wyjechał wtedy w dalekie zamorskie kraje,
gdzie poznawał wojenne obyczaje.
Co tam robił, jak je poznawał nic na ten temat nie będzie napisane.
Wszystko będzie w następnym opowiadaniu, które jak już zapewniał autor tego tekstu na pewno powstanie.
Wiedział jak się zachować, bo miał w tej dziedzinie konkretne przeszkolenie,
pomogło też, że był na znanym dla siebie terenie.
Dlatego nie straszny byli dla Niego najsławniejszy tropiciel,
pies do szukania ludzi i jego właściciel.
Mógł pozostać całkowicie niezauważony.
Wiedział jednak, że trzeba odwrócić uwagę od miejsca schronienia
tutejszych mieszkańców, swojej córki, małego syna i swojej żony.
Jego chwilowe pokazanie się doprowadziło do zaskoczenia całkowitego,
tego sławnego tropiciela i psa do szukania ludzi szkolonego.
Na nic się zdało, że szybko pozbyli się stanu wyżej wspomnianego,
i tak nie znaleźli uciekiniera poszukiwanego.
Ten poszukiwany cierpliwie oddalał się od miejsca przeszukiwanego.
Kluczył, zacierał ślady, nie dawał do znalezienia Go pretekstu żadnego.
Zamierzał udać się do miejsca bezpiecznego, kilka kilometrów w głębi lasu się znajdującego.
Cała "okolica" schronienie tam znajdowała,
gdy jakaś wroga siła ich bezpieczeństwu zagrażała.
Była to niewielka dolina, a jej zbocza łagodne były.
Wokół niej rosły prastare drzewa, które niewidoczną ją czyniły.
Po latach potomni Dołem Powstańczym to miejsce nazwali,
na cześć uczestników Powstania Styczniowego z 1863 r .,
którzy się w tym miejscu ukrywali.
Jest to obszar położony na paśmie wzgórza zwanego Wrótnią Górą, leżący na styku lasów pławskich i grębowskich,
w kierunku zachodnim od Ciemnego Kątu.
Mieszkańcy Jamnicy nazywają to miejsce "Czernią Górką".
Z kolei znany regionalista w swoim opracowaniu
o Powstaniu Styczniowym nazwał ten teren Obozem Powstańczym.
Do tego miejsca właśnie spieszył Ten, który prześladowców
swoich ośmieszył.
Z radością Go witali, i nie tylko Ci, którzy życie Mu zawdzięczali.
Szczęśliwie dotarła tam Jego rodzina,
miał przy sobie kochaną żonę, córkę i małego syna.
Plotka zwykle rozchodzi się między ludźmi, w celu zaszkodzenia czyjejś opinii lub zaspokojenia ciekawości.
Często są to informacje niesprawdzone,
szybko rozprzestrzeniają się, prowadzą zwykle do utraty dobrego wizerunku osoby, której dotyczą.
Ale też zaspokajają ciekawość, dają poczucie bycia informowanym.
Wspólne plotkowanie zbliża ludzi, dając poczucie wtajemniczenia.
Może służyć też jako narzędzie kontroli zachowań danej grupy społecznej.
Czy plotka jest szkodliwa? niekoniecznie.
Przekazywanie wiadomości w miarę "obiektywnych” i troszkę podbarwionych nie jest niczym złym.
Taka plotka na temat naszego bohatera co tak machnął się narodziła, tylko jak zwykle brakło osoby, która by to potwierdziła.
Sam tego nie zrobił, a przyczyna tego postępowania była prosta,
chciał, żeby jak najszybciej zakończyła się ta plotka.
Nie przewidział jednak tego, że nabierze ona charakteru międzynarodowego.
Monarcha kraju nieprzyjacielskiego zaczął rozliczać za przegraną wojnę dowódców wojska swojego.
Zastępcy tego co sznur w "nagrodę" dostał chcąc zachować życie, tłumaczyli, że rozkazy im wydane wypełniali należycie.
Według nich przyczyną porażki była postać wojownika niezwykłego,
który stał się symbolem ruchu wyzwoleńczego.
Potrafił On zachować podczas walki spokój i jasność umysłu, potrafił
walczyć z rozwagą, a nie pod wpływem impulsu.
Szybko oceniał ich mocne i słabe strony,
a sił dodawało mu to, że walczył w obronie dzieci i swojej żony.
Są świadkowie, że pomagał sobie czarodziejskimi sztuczkami,
znikał, pojawiał się i wywołał bunt między żołnierzami.
Tak klęskę poniesioną tłumaczyli, i na łaskę swojego władcy liczyli.
Król początkowo nie chciał słuchać tłumaczenia tego,
tylko od razu chciał "nagrodzić" oficerów wojska swojego.
Zaciekawiła go jednak historia o osobie walczącej, o której tak opowiadali.
Przypomniał sobie, że znał takiego dzielnego męża,
z którym na polu walki przed laty po przeciwnych stronach się spotkali.
Po raz kolejny nic więcej nie będzie napisane,
bo już wiemy że w następnym opowiadaniu będzie wszystko opisane.
Ta opisywana osoba sprawy sobie nie zdawała,
ile sławy dla całej okolicy i dla siebie zyskała.
Nie znaczy to jednak, że grupy zorganizowane tu specjalnie przyjeżdżały,
i tą znaną osobę oglądać chciały.
Po prostu, gdy do rodziny ktoś przyjeżdżał lub tędy wypadała mu droga,
to naturalne jest to, że dowiadywał się, że mieszka w tej miejscowości taka sławna osoba.
Przyjezdni tak zwyczajnie porozmawiać czy pogratulować chcieli,
zdarzało się jednak, że niespodziewane problemy z tym mieli.
Bo to była jedna z tych miejscowości, w których rodziny obok siebie mieszkają, co takie samo nazwisko mają.
Żeby przedstawiało się to jeszcze bardziej nietypowo czy nawet dziwnie,
wiele głów rodzin miało tutaj takie samo imię.
Gdy przybysze dopytywali się o kogoś podając nazwisko,
to miejscowi pytali jaką ma ksywę albo przezwisko.
Więc te określenia nadane konieczne były,
wiele problemów rozwiązały i spraw dużo uprościły.
Dlatego wiec zwołano, na którym właśnie te określenia nadano.
Wiec - jest to zgromadzenie ludności.
Zwoływany jest w celu ustalenia jakichś kwestii mających wpływ na dobro ogółu.
Pierwszą nazwę dostał ten co machnął wroga niespodziewanie,
ustalono też, że ten uczynek w kronikach dokładnie opisany zostanie.
Po to, aby nigdy co się wydarzyło nie zostało zapomniane,
i "na wieki wieków" zapamiętane.
Ten nazwą wyróżniony był nią mocno zaskoczony,
bo jak mówił stanął tylko w obronie przyjaciół, córki, małego syna i swojej żony.
Przyjął ją jednak z wdzięcznością.
Bo Jego nazwa rodowa w całej okolicy z wiadomych przyczyn była dość popularna.
Więc żeby przestać być mylony z innymi o takim samym nazwisku
była to sposobność niepowtarzalna.
Tylko powstał taki problem mały, jak odmieniać ten czyn dokonany.
Bo "machnąć" czy "machnął" dziwnie to trochę brzmiało,
do tego wyczynu bohaterskiego kompletnie nie pasowało.
Ostatecznie na określenie Machaj się zdecydowano,
i tak do dzisiaj to miano zostało.
Teraz już potomkowie bohatera opisywanego, biedni czy bogaci, znani czy nieznani,
będą po wsze czasy Machajami nazywani.
Piszący ten tekst przedstawił możliwość powstania pierwszego takiego sformułowania,
które pomogło nie mylić rodzin o takim samym nazwisku.
Te sformułowania są nazywane ksywami, przezwiskami, pseudonimami.
Powstawały one przez charakterystyczne cechy wyglądu danej osoby, temperamentu, usposobienia, lub dokonanego czynu.
Mogły być też związane ze sposobem mówienia, z miejscem zamieszkania lub pochodzenia.
Są używane w środowiskach przestępczych, artystycznych,
w celu kamuflażu, tajnej działalności, konspiracji wojskowej i politycznej.
Osoby noszące takie samo imię lub nazwisko są nazywani Imiennikami.
Autor prosi tradycyjnie każdego chętnego o napisanie lepszego tekstu
od niego.


Janusz Janeczko